poniedziałek, 19 października 2015

Czekoladowe babeczki

To specyficzny odcinek w mojej twórczości. Intymny. Wręcz wydarty z głębin duszy (o ile kobieta taką ma). Odcinek poważny, może nawet trącający depresją - ale, mam nadzieję, ładny. Na pewno idealny na jesień. Najważniejsze, że z przepisem na przepyszne i przeproste w przygotowaniu babeczki czekoladowe.



Tekst powstał w oparciu o cytaty z książki „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan.

To jeden z tych wieczorów, które rozświetla jedynie migoczący ekran laptopa na moich kolanach. To jeden z tych wieczorów, podczas których nie muszę bać się otaczającej mnie ciemności, bo na moich kolanach błyszczy cały świat. Świat na wyciągnięcie ręki. Facebook. Miejsce, w którym wszyscy moi znajomi-nieznajomi stają się lepsi, ładniejsi, mają stanowcze poglądy życiowe, polityczne i etyczne. Miejsce, w którym można swojemu życiu nadać wartość, opowiadając w tej internetowej pustce, która przyjmie wszystko i może nawet odpowie „lajkiem”, opowiadając o wszystkich ćwiczeniach, którym danego dnia poddało się swoje jędrne, wciąż chudnące ciało i jaką potrawę z koziego sera i malinowego sosu na bazie pokrzywy udało się sfotografować.


To dobry wieczór. I dobry moment na to, żeby otworzyć drugą butelkę wina. I dojeść chipsy, których jeść nie powinnam. A co powinnam?


Powinnam wyjaśnić komuś, kto patrzy z boku, kim jestem ja, a kim są Oni. Nawet jeśli wszystko jest jasne. To, że nazywam się ... z domu ..., a Oni są wszędzie. Ze mną w tym pokoju. W powietrzu, w moich oczach, pod moimi powiekami, w moim nosie, w moim uchu, w kartonowym pudełku na szafie, w którym trzymam szpilki   z Zary, w nocnej lampce z Ikei, we wszechświecie. Oni widzą mnie, ja nie widzę ich. Oni słyszą mnie, ja słyszę ich. Kim zatem jestem? Jestem Kimś, Kto Patrzy z Boku?

Nie będzie to zbyt odkrywcze, jeśli powiem, że po wieczorze następuje poranek. W czasie którego powinnam przygotować się do wyjścia na spotkanie kolejnych codziennych powinności. Kiedy więc maluję sobie rzęsy, żeby ich czerń nadała tego magicznego, uwodzicielskiego blasku moim oczom, a do świeżo umalowanych ust wsuwam kostkę czekolady i przeżywam pierwszą - i prawdopodobnie jedyną tego dnia - rozkosz, kiedy swoją czekoladę zapijam Colą z puszki, zostawiając na niej odcisk ust, 
i kiedy przyglądam się sobie z profilu, zastanawiając się, czy już spełniam wszystkie standardy, i kiedy wreszcie wyrzucam zawartość szafy na podłogę, rozważając, jakie możliwości życiowe może dać mi połączenie turkusu z czerwienią, i kiedy zatrzymuję się przed lustrem, przymierzając do siebie kolejną bluzkę - wtedy zaczynam myśleć, co jeszcze powinnam.


  
"Powinnam"... To kluczowe, prawda? Powinnam nie jeść glutenu, a jeśli pić kawę, to tylko z mlekiem sojowym. Powinnam regularnie ćwiczyć. Powinnam mieć dobrą pracę. Powinnam być rozsądna. Powinnam mieć skończone studia. Powinnam mieć własny styl. I konto oszczędnościowe. Ale przede wszystkim powinnam mieć męża.


Zastanawiam się, jak określić to uczucie, kiedy opieram głowę o jego pierś, która wciąż jeszcze faluje przyspieszonym oddechem, a ja wiem, że on się zaraz podniesie i sięgnie po swoje spodnie. Wiem, że powinnam napawać się poczuciem, że oto zdobyłam mężczyznę, jestem więc spełniona jako kobieta. Zamiast tego jednak śledzę go ze źle ukrywanym błaganiem w oczach, kiedy odwrócony do mnie plecami szuka swoich skarpetek. I myślę o tym, czy zrobiłam wszystko tak, jak powinnam. Ale nie ma zmartwienia. To da się zweryfikować.


O tym, jak powinnam męża zdobyć, poinformują mnie gazety. I doradzą, jak go zatrzymać. Powiedzą gdzie są jego erogenne miejsca, jaką część jaj należy podrapać, żeby on nie odszedł do innej, żeby został na zawsze. Wszystko po to, żeby zaraz potem, kiedy rozchylę sukienkę i powiem mu "zerżnij mnie", zapytać łamiącym się głosikiem: „Podobam ci się choć trochę?”. Bo takie są kobiety.




Nie znoszę natomiast tego momentu, kiedy widzę w łazienkowym lustrze swoją rozmazaną twarz i ślady jego aktywności na swoim ciele. Czuję się jak jakaś pieprzona Lady Makbet, szorując i szorując ręce. I próbując uniknąć swojego lustrzanego wzroku, kiedy wśród ręczników szukam czekolady, schowanej tam na takie właśnie okazje.


Bo nawet jeśli wiem, że to nie będzie ta wielka, jedyna i do grobu, to jednak za wszelką cenę chcę, by to było czymś, czym nie jest. Jakby mnie ktoś z boku obserwował, z lewa lub z prawa, albo z góry. Ktoś, przed kim muszę się tłumaczyć. I mówić mu, widzisz, robię to, ale nie jestem dziwką.


W ogóle czasami czuję się przytłoczona tymi lustrzanymi odbiciami. Tak jakby tam kryli się ci wszyscy, którzy milczą i oskarżają.


Przez cały czas, zawsze, bez przerwy, w każdej chwili, w każdym dniu mojego pieprzonego życia odpowiadam na niepostawione pytania, zarzuty i żądania.

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że największą samotność odczuwa się w tłumie. Ale nie uwzględnił tej góry wyrzutów sumienia, która powstaje wtedy, gdy wszystko dookoła ciebie mówi ci, co i jak powinnaś, a ty wiesz, że tak nie potrafisz. Bo masz ochotę zrobić coś na przekór, nawet jeśli nie byłoby to do końca zgodne z tobą, ale byłoby to coś, czego robić nie powinnaś. I nie robisz, bo się boisz, co pomyślą o tobie Oni.




Daj! Daj! Daj! No już! Jazda! Oni mają w dupie, co wy o tym myślicie. Czy was to pokazywanie wygolonej cipki w ogóle interesuje. Może chciałyście spędzić życie, głaszcząc ciepłe futerko królika. Albo sprzedając herbatę na wiedeńskim targowisku. A tymczasem jeśli facet was rzuci, albo co gorsza rozwiedzie się z wami, wasz status się zmieni. Nie będzie Zamężnymi Kobietami, tylko Porzuconymi Kobietami. W czyim mniemaniu? Waszym? Ich? W mniemaniu Was wszystkich, którzy jesteście wokół mnie?

Ostatecznie ląduję w modnej kawiarni, nad modnym napojem i znowu czytam o tym, co i jak powinnam, żeby być zawsze młoda, gładka, chuda, wysportowana, zamężna, bogata i z regularnie pracującymi jelitami. I coraz częściej nie wiem, kim jestem, bo nie wiem, kim są ci Oni, którzy dookoła mnie mówią mi, co i jak powinnam.




My, kobiety, na to mogę wam przysiąc, ale nie chcę, bo wiem, jak dotrzymuję danego słowa, my, kobiety, jesteśmy kosmicznymi kretynkami. Przemądrzałymi kozami, które myślą, że wiedzą wszystko o mężczyznach. A my wiemy o nich tyle, ile oni o nas. I tyle, ile my same o sobie. Czyli nic. 

Potem wracam do domu, zmywam z siebie makijaż, włosy związuję gumką na czubku głowy, zrzucam z siebie to wszystko, co ma za zadanie naprzemiennie ukrywać i uwypuklać, i nadawać sens, temu co robię. I rzucam to wszystko w stronę pralki, nawet nie patrząc, czy uda mi się trafić i sięgam po piżamę, której nigdy nie powinien oglądać żaden mężczyzna. Ale teraz i tutaj jestem sama. 
Chociaż i to się zaraz zmieni, w końcu w lodówce jest wino, a na mój dotyk czeka chłodny jeszcze laptop, który zaraz po uruchomieniu rozświetli się tym, czego pragnę najbardziej. Złudą akceptacji.




Nie jestem już zła. I nie chcę wam więcej mówić, jakim gównem jest wasze życie. Macie rację! Kimże ja jestem, by pluć na wasze życie?! Może wam jest dobrze. Może macie w dupie szczegóły. Może wcale nie jesteście tak surowi i nabzdyczeni. Nie wszyscy ludzie są tacy sami. I nie musicie patrzeć na świat moimi oczami. Jestem agresywna. Walę prosto z mostu. Jestem taka sama jak Oni, o których wam mówię. Ci, którzy są, a może ich nie ma. Może Oni nie istnieją? Może istniejemy tylko my? Może każdy jest kowalem własnego losu? To wbijano nam do głowy w ogólniaku. Może rozmowa o „Onych”, którzy robią nas w konia, to alibi dla nas, tchórzy, którzy nie mają jaj, by wziąć życie w swoje ręce? „My”? „Nas”? Dlaczego nagle „ja” to „my”? Macie rację...

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ 


Żeby teraz złapać trochę oddechu, zapraszam do kuchni.

Z tego czekoladowego przepisu korzystałam już kilka razy, ale są powody, by znów do niego wrócić. Jednym z tych powodów jest czas. Wiadomo, że tego nam zawsze brakuje, tak samo zresztą jak czekolady. Szybki przepis = szybki dostęp do czekolady. 
Innym powodem jest to, że jest to przepis najwygodniejszy do modyfikacji i pozwala na bardzo wiele słodkich wariantów. Można więc powiedzieć, że z tym czekoladowym przepisem pozostaję w monogamicznym, ale urozmaiconym związku. I niniejszym jedną z takich wariacji dzielę się z Wami.

Babeczki czekoladowe

Składniki:

1 kostka masła
3/4 szklanki cukru
2 cukry waniliowe 
1/2 szklanki wody
4 jajka
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 łyżki kakao
kieliszek słodkiego alkoholu
biała czekolada i np. brzoskwinie (z puszki) oraz suszona żurawina
blacha do muffinek i muffinkowe papierki


Jak widać - składniki są w zasadzie standardowe. Mąka, masło, cukier, jajka, proszek do pieczenia... Czyli to, co każdy korzystający z piekarnika ma zawsze w domu, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy najdzie ochota na skorzystanie z rzeczonego obiektu (mnie się zdarza np. o 23.). Na wyszczególnienie zasługują więc w zasadzie czekolada (nie wiem, jak u Was, ale u mnie czekolada nigdy nie jest w stanie zagrzać miejsca na długo), kakao, żurawina i wiśniówka.


1. Do garnka wkładamy masło, wsypujemy oba gatunki cukru i zalewamy wodą. Podgrzewamy, mieszając, żeby to, co stałe, zamieniło się w to, co płynne. I gładkie. Bardzo ważne (!) jest, żeby to wszystko zagotować, a nie tylko podgrzać. Bo jak się nie zagotuje, to potem ciasto będzie suche i niewyrośnięte.

2. Zagotowaną masę odstawiamy. Jajka dzielimy na białka i żółtka, białka ubijamy na sztywno. Białka odstawiamy.

3. Bierzemy się z powrotem do masy. Mieszamy energicznie, dosypując stopniowo wszystkie elementy sypkie: mąkę, proszek do pieczenia i kakao. Potem żółtka, alkohol (może być wiśniówka albo rum) i wreszcie ubite białka. Pamiętamy o tym, żeby nie przerywać mieszania. Mieszanie musi trwać.

4. Jak już namieszamy, nagrzewamy piekarnik do 175 stopni, wykładamy blachę muffinkowymi papierkami i papierki wypełniamy po kolei: masą czekoladową, bakaliami, białą czekoladą, masą czekoladową.


5. Pieczemy ok. 15 minut. Jak babeczki urosną, to można sprawdzać je wykałaczką. Wtyka się wykałaczkę w babeczkę i jak wykałaczka jest sucha, to babeczka jest gotowa. A jak oblepiona ciastem, to trzeba jeszcze trochę zostawić w piekarniku.

Wersja: suszona żurawina i biała czekolada od zawsze należy do moich ulubionych, ale brzoskwinie z białą czekoladą to też jest strzał w dziesiątkę. Polecam też kiwi, wszelkiego rodzaju dżemy oraz mak - zarówno ten niemielony, jak i masę makową. Oprócz tego można też wykorzystać krówki, orzechy, jabłka... Niezależnie od dodatków w niecałą godzinę dostajemy remedium na wszystkie życiowe perypetie. Nie na darmo mówi się, że czekolada nie ocenia, czekolada rozumie. Bo na pewno babeczki czekoladowe rozumieją dwa razy lepiej.



SMACZNEGO!



3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Wpis jest w zasadzie moją pracą na studia, która powstała na podstawie fragmentów tekstu z książki „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan. Tekst mnie zainspirował, zrobiłam pracę na studia, a następnie stwierdziłam, że przy okazji podzielę się tą pracą na swoim blogu. Wpis ma służyć temu samemu, co wszystkie moje wpisy - a z mojej strony jest to dzielenie się tym, co w życiu wywołuje we mnie emocje. Tym razem emocje wywołał tekst Rudan.

      Usuń