niedziela, 18 marca 2012

Simpsonowie vs. naleśniki Barbary

„Jeśli Bóg nie życzyłby sobie, byśmy jedli (w Kościele), wymyśliłby nam grzech obżarstwa.” Homer Simpson

Jakoś się nie mogę do końca odciąć od wizerunku Jokera... 
http://i.pinger.pl/pgr28/82586c86001c94f74da72547/batman-joker-card.jpg
Homer Simpson to postać, do której można mieć wiele zastrzeżeń, ale za to nie można zaprzeczyć temu, że każdy z nas ma w sobie kawałek Homera. Ile razy na przykład zdarzyła Wam się sytuacja, w której nie wiedząc, co robić, mieliście ochotę cienko wrzasnąć i uciec?* No właśnie. A ile razy patrząc na swojego rozmówcę myśleliście o tym, że warto by się napić piwa albo popadaliście w zachwyt na widok pączka/ czekoladki/ żelka/ żeberek/ hot-dogów/ piwa/ pączków/ jedzenia? Ewentualnie ile razy zdarzyło Wam się być nadmiernie szczerym wtedy, kiedy tak naprawdę chcieliście okazać swoje staranie i dobre chęci (Homer do Barta: „Próbuję być wrażliwym ojcem, ty niechciany debilu!”)? Tak, tak, Homer Simpson siedzi w każdym z nas i prawdopodobnie to na niego możemy zrzucić winę za wszelkie niefrasobliwości, którym się poddajemy, za robienie sobie super-pączków, trzydaniowych obiadów z trzech deserów i deseru, na który składają się trzy desery, za te chwile, w których mówimy sobie: „Nie powinienem prowadzić! Zaraz, jestem pijany, nie powinienem siebie słuchać!” i za te, w których radośnie wyśpiewujemy „uwielbiam pączki, kocham pizzę, uwielbiam bajgle…”. I chyba powinniśmy być mu za to wdzięczni?
A w ogóle Simpsonowie to niewyczerpane źródło radochy i galeria niezapomnianych postaci, niniejszym więc przedstawiam pomysły na naleśniki (bo w końcu co najbardziej kojarzy nam się z amerykańską kuchnią? – oprócz fast-foodów, rzecz jasna) godne Homera Simpsona.


* Mnie na przykład zdarzyło się to podczas egzaminu na prawo jazdy, kiedy wycofując się z pozycji parkingowej, zaczęłam do siebie mówić na głos: to który teraz kierunkowskaz mam wrzucić? Wycofuję się w tę stronę, ale mam jechać tam… Wówczas egzaminatorka bardzo niepewnie zapytała: słucham?, a ja bardzo chciałam wrzasnąć i zwiać.

Naleśniki
Składniki:

  • litr mleka,
  • 6 szklanek mąki,
  • 4 jajka,
  • niecała szklanka wody,
  • 2 łyżki oliwy,
  • sól.
Z powyższych składników tworzymy ciasto, ostatecznie ma mieć konsystencję gęstej śmietany. Naleśniki smażymy na b. rozgrzanej patelni posmarowanej minimalną ilością oliwy – po prostu tak, żeby ciasto nie przywierało.
A teraz kilka pomysłów na to, jak wykorzystać naleśniki. Aczkolwiek jest to element, który można wykorzystywać praktycznie do wszystkiego: na słodko, słono, na ostro, jako makaron do zupy i jako przekąskę bez żadnych dodatków (najlepiej smakują wtedy takie z ciemnymi plamkami po smażeniu) – lub z jakimś sosem. Naleśniki dobra rzecz!

Pomysł na: krokiety

  • pasztet,
  • 1 jajko,
  • bułka tarta;
Naleśniki smarujemy pasztetem, składamy jak T-shirt, obtaczamy w jajku i bułce tartej, podsmażamy. Ot i cała filozofia.

Pomysł na: naleśniki ze szpinakiem i pieczarkami

  • szpinak,
  • cebula,
  • pieczarki,
  • 2 serki topione i odrobina śmietany,
  • sól, papryka słodka, pieprz cytrynowy, majeranek, koperek;
Szpinak robimy dokładnie tak samo jak zawsze: podsmażamy z cebulką, tyle że teraz też z pieczarkami. Dokładamy serki, odrobinę śmietany i przyprawy – i gotowe. Coś, za co w restauracji płaci się horrendalne sumy, w rzeczywistości jest tanie i w wykonaniu prościuteńkie jak Homerowy sposób rozumowania (jest piwo, jest dobrze, nie ma piwa, nie jest dobrze).

Pomysł na: naleśniki na słodko

  • bita śmietana,
  • twarożek z żółtkiem i cukrem,
  • posypka czekoladowa,
  • mogą być jakieś owoce;

 


No, tu pole do popisu jest największe. Można rozrobić twarożek z żółtkiem i cukrem, posmarować nim naleśniki, całość obłożyć bitą śmietaną i posypać czekoladą. Można do środka wsadzić brzoskwinie, ananasy, jagody, truskawki, kiwi… Można dowalić białą czekoladę lub marmoladę, można… mmmm, dużo można.




Pomysł na: kanapki z naleśnika

  • wędlina,
  • pomidor,
  • ser żółty,
  • szczypiorek,
  • sól.

To pomysł dość nietypowy, ale super się sprawdza, jak się ma już dość tradycyjnych kanapek. Po prostu to wszystko, co dałoby się do normalnej kanapki wsadza się w naleśnika. Pomidor nasącza ciasto i dzięki temu „kanapka” nie jest sucha, choć jest bez masła.

W ramach podsumowania powinien się tu pojawić jakiś „dowcip” w stylu: „Ach, jakie pyszności, zjedzmy wszystko! Coś ty, nie oderwalibyśmy się od ziemi” – niestety jednak brak mi zjadliwości i celności Simpsonowych scenarzystów, którzy tego typu „żartami” zawsze potrafią doskonale pośmiać się i z innych, i z siebie. Poprzestanę więc na zjadliwości w ramach zjadania przyrządzonych potraw i martwienia się tym, że idzie wiosna… Apropo!, nie przegapcie odcinka z okazji Pierwszego Dnia Wiosny!
Excellent…

PS. Głupi Flanders.

poniedziałek, 12 marca 2012

Gwiezdne Wojny – Epizod I. Przysmak z Tatooine



I oto stanęło przede mną zadanie Wielkiej Miary: mierzę się bowiem z Legendą. Problem polega na tym, że jako Rycerz Jedi podpisać się nie mogę (nie moja to religia), a kiedy powiem, że "Gwiezdne wojny" lubię – będzie to w oczach co poniektórych świętokradztwem. 
Bo jakże można je zaledwie lubić? Z drugiej strony każdy najmniejszy atak na GW sprawia, że nerwowo szukam po kieszeniach i torebce jeśli nie miecza świetlnego, to chociaż jakiejś małej procy i dużej cegłówki… Jako się rzekło: to Legenda. Jedna z najcudowniejszych części dzieciństwa, jedna z największych radości dorastania w cieniu kolejnych epizodów i odkrywania w nich ciągle czegoś nowego i dojrzalszego. 

„Gwiezdne wojny” to piękna baśń, jedna z najpiękniejszych w ogóle, a w szczególe – jedyna w swoim rodzaju. Jest tam wszystko, czego potrzeba: i akcja, i walki, i zaskoczenia, i pościgi, i miejsce na marzenia… No i uczucia! Dialog „- Kocham cię. - Wiem.” pomiędzy Leią a Hanem Solo to jedna z najurokliwszych scen miłosnych w historii kina, definiująca całe „Gwiezdne wojny”: ładna, dowcipna, przemyślana, wzruszająca. A jeszcze na dodatek cała saga poszczycić może się rewelacyjną muzyką.
 
I pomyśleć, że niektórym to nie wystarcza. Doprawdy, powołać należy się na słowa Vadera i stwierdzić „ niepokoi mnie ten brak wiary” (Your lack of faith disturbs me”)… Bo najczęstszym argumentem „przeciw” jest to, że „Gwiezdne Wojny są nudne”. Że to głupoty dla dzieci, niepoważne i nieprawdziwe… Cóż, podążając za takim rozumowaniem musielibyśmy zapytać: „Kto jest większym głupcem: sam głupiec, czy głupiec, który za nim podąża?”.
Powyższy tekst jest nostalgicznym i nieco ogólnikowym wstępem do całego szeregu tekstów, dlatego nie odnosił się do żadnych konkretów. Chciałabym po prostu niniejszym złożyć hołd jednej z najbardziej czarownych części mojego życia.

Kto zgadnie, co się tu nie zgadza?
A teraz do kuchni! Potrawa nawiązuje bezpośrednio do Epizodu I. A dokładnie do tego momentu, w którym Qui-Gon Jinn z ekipą zawitał na Tatooine i stołował się u Anakina i jego matki. Rozumowanie jest proste: musiała to być potrawa związana z pustynią, a więc podbita jakimiś korzennymi przyprawami. Do tego nie mogło to być nic bogatego – w końcu przyrządzili ją niewolnicy. Czyli pewnie było to pieczywo i jakieś kawałki mięsa z warzywami.
Hm… Całość jednak trzeba było nieco podrasować z tej prostej przyczyny, że jakieś tam podpłomyki nie byłyby na miarę Gwiezdnych Wojen. Dlatego prezentuję przepis na następujące danie:

Shaorma wołowa z papryką 
i chleb z fetą i oliwkami

Uwaga! Chleb szykujemy przynajmniej 12 godzin przed planowanym podaniem dania!

Shaorma

Składniki:
  • pół kilo drobnego mięsa wołowego,
  • 1 czerwona cebula,
  • 1 kostka rosołowa (najlepiej bekonową – daje rewelacyjny aromat i ciekawy posmak),
  • łyżka masła,
  • 1 czerwona słodka papryka,
  • 2 papryczki chili (miniaturki),
  • dużo czosnku,
  • 4 serki topione, śmietana 12%,
  • chili, kurkuma, curry, odrobina gałki muszkatołowej, majeranek, sól,
  • szczypiorek.
W garze rozpuszczamy masło. Drobne mięso kroimy na jeszcze drobniejsze kawałki (tak żeby miały wielkość kostek do RPG-ów), wrzucamy je do gara. Dodajemy posiekaną cebulę, kostkę rosołową, sól, trochę curry, kurkumy i majeranku (co do majeranku: nie jest to przyprawa egzotyczna, ale doskonale poprawia smak potraw i osobiście bez majeranku nie potrafię się obejść). Mieszankę tę podlewamy wodą, doprowadzamy do wrzenia, następnie garnek przykrywamy i mięso dusimy aż do skutku. Czyli dość długo, bo wołowe jest mięsem trudnym we współpracy – ale ze wszech miar tej współpracy godnym. Trzeba je po prostu „wyczuć, nie myśleć, zaufać intuicji”.




Kiedy ocenimy, że mięso jest już miękkie – kroimy paprykę (oba rodzaje), siekamy czosnek i całość wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Jak to się chwilę podsmaży, dodajemy serki topione, znowu dokładamy curry i kurkumy, podsypujemy szczyptę gałki muszkatołowej (a dla amatorów: również koperku; curry + koperek = naprawdę egzotyczne połączenie), chili (ilość zależy od tego, jak bardzo ognisty oddech chcemy uzyskać) i na patelnię wylewamy uduszone mięso z cebulką. Trzeba uważać, żeby nie przesadzić z wodą: potrawa ma być gęsta. Jeśli więc chodzi o wodę, w której dusiliśmy mięso, to na patelni ma wylądować jedna szklanka (nawet niecała). 

Całość podsmażamy do rozpuszczenia serków, w międzyczasie dolewamy nieco śmietany (ok. 200 g) – i już. Przy nakładaniu na talerze danie posypujemy szczypiorkiem. Ale zanim nałożymy je na talerze, pamiętajmy, że mamy jeszcze przyrządzić:

Chleb

Składniki:
  • 1 kg mąki pszennej,
  • szklanka otrąb,
  • 50 g świeżych drożdży,
  • 4 szklanki b. ciepłej wody,
  • łyżka soli,
  • 3 łyżki oliwy z oliwek,
  • ser feta,
  • czarne oliwki,
  • masło i bułka tarta do natarcia blachy.
Bierzemy 4-litrowy gar. Wlewamy tam niemal gorącą wodę i rozpuszczamy w niej drożdże. Dodajemy mąkę zmieszaną z otrębami, sól, oliwę, mieszamy. Powstaje nam rzadka masa – i taka ma być. Dokładamy fetę i oliwki. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy na pół godziny w suche i ciepłe miejsce. Następnie smarujemy blachy tłuszczem (wychodzą nam mniej więcej dwa bochenki), wysypujemy bułką tartą i przelewamy do nich ciasto chlebowe. Przyszłe pieczywo wkładamy następnie do piekarnika rozgrzanego do 250 stopni. 
Po 10 minutach temperaturę zmniejszamy do ok.200 stopni i pieczemy mniej więcej 45 minut – chleb ma się dobrze zrumienić. I teraz uwaga: nie otwieramy piekarnika w trakcie pieczenia. Pod koniec pieczenia wyłączamy grzanie, a kiedy stwierdzimy, że pieczywo jest już gotowe: uchylamy drzwiczki piekarnika i chlebowi dajemy święty spokój, najlepiej zostawić go w piekarniku na całą noc. Wtedy ciasto nie opadnie i nie będzie miało zakalca.






I tak oto mamy gotowy przysmak z Tatooine. O jego jakości niech świadczy to, że na tej potrawie wyrósł nam Anakin Skywalker…
Niech więc 
Moc będzie z Wami!

środa, 7 marca 2012

Dzień Kobiet. A z tej okazji…


Dzień Kobiet… Święto, które jest niesmaczne dlatego, że wymyślili je komuniści – żeby kobiety, które wsadzili na traktory poczuły się przez jeden dzień kobietami (otrzymawszy rajstopy i tulipana). Święto, dla którego feministki są tym, czym Herod dla Towarzystwa Przedszkolnego (że ukradnę porównanie Pratchettowi). Święto, które w sercu kobiet budzi zadowolenie z tego, że są kobietami – bo przez jeden dzień nie muszą zmywać garów. I święto, które mnie skłania do przemyśleń na temat kobiet.
Kiedy dziś słyszę hasło „feministka” czuję się jak mój kot na widok gołębia – zastygam nieruchomo i zastanawiam się: co to, do czorta, jest? Bo dzisiejsza feministka z taką prawdziwą ma tyle wspólnego co ja z zakonnicą. Bo zamiast kobiety, która jest świadoma tego, że jest Człowiekiem, mamy wariatki wściekające się, że ktoś im otworzył drzwi. Czy też panienki usprawiedliwiające swoje lenistwo tym, że są feministkami, a zatem nie będą zmywać garów i myć kibla. No i przede wszystkim mamy stado tych kobiet, które najsilniej działają mi na uzębienie: to te, które wykrzykują wielkie hasła o tym, że kobieta to nie tylko ciało, lecz przede wszystkim umysł! Znalazły się, odkrywczynie. A cieszyć się tym, że Bozia dała cycki i wielokrotne orgazmy, zamiast gadać o swoim intelekcie! Jak ktoś ten intelekt ma, to cycki go nie przysłonią. Poważnie.
Dlaczego kobiety muszą dorabiać ideologię do bycia kobietami? Bardzo szanuję feministki angażujące się w akcję pomocy skrzywdzonym kobietom, wiem, że bardzo ważne jest to, by kobiety głośno mówiły o swoim prawie do decydowania o swoim ciele (aborcja, antykoncepcja). Ale nie potrafię szanować przyklejania sobie miniaturki biustu na czoło – żeby zwrócić uwagę, gdzie się ma oczy (taką akcję promowała np. Marion Cotillard, patrz: Forehead Tittaes). Drogie Panie, nie wygłupiajmy się i nie mydlmy nikomu oczu. Jeśli nie chcemy, żeby mężczyźni patrzyli na nasze biusty/pupy etc., to nie nośmy ciuchów, które te elementy podkreślają. Proste. Jeśli będziemy krzyczeć, że chcemy być szanowane, to będziemy tylko śmieszne. Szacunek wyniknie sam z siebie, jeśli same nauczymy się szanować – dlatego krzyk zostawmy raczej na namiętne noce. Których Wam (i sobie) z okazji Dnia Kobiet jak najwięcej życzę!



Dziś proponuję posiłek, który jest w smaku jak prawdziwa kobieta: elegancki, delikatny, gładki, z ostrymi nutami, a na koniec śmietanowo-słodki, chociaż ciemny jak noc. Czyli: pierś z kurczaka marynowana w białym półsłodkim winie oraz rozmarynie i lubczyku (i czosnku) na poduszeczce szpinakowej, pod kołderką z ananasa i sera pleśniowego. Oraz mus czekoladowy z malinami i bitą śmietaną. I do tego białe półsłodkie wino. 
A przygotuje to wszystko pan w stylu Johnny’ego Deppa…



Pierś z kurczaka na poduszeczce szpinakowej i pod kołderką serowo-ananasową

Składniki:
  • 2 filety z kurczaka,
  • ananas z puszki,
  • ser pleśniowy,
  • szpinak,
  • 1 biała cebula, kilka ząbków czosnku,
  • pieczarki,
  • śmietana, ser pleśniowy, pieprz cytrynowy, majeranek, koperek;
i na marynatę:
  • białe półsłodkie wino,
  • śmietana,
  • oliwa z oliwek,
  • rozmaryn,
  • liść lubczyku (pamiętajmy, że jest to przyprawa magiczna, służąca rozkochaniu w sobie nakarmionej nią ofiary),
  • czosnek, sól, pieprz cytrynowy.

Kurczaka najlepiej jest zamarynować dzień wcześniej. Znana jest nam pewnie sytuacja, kiedy wrzucony na patelnię soczysty flet zmienia się suche wióry. Jeśli jednak zastosuje się pomysł z dobowym marynowaniem kurczaka – wówczas pozostanie on delikatny, soczysty i będzie kremowy w smaku. Jak to osiągnąć? Mieszamy trochę śmietany (wystarczy 12%), 2 łyżki oliwy, pół kieliszka wina i przyprawy, porządnie smarujemy tym kurczaka i zostawiamy go na dobę w lodówce. Następnego dnia wrzucamy drób na patelnię beztłuszczową i smażymy w marynacie. Wychodzi nam cudo. Jest to smak idealny.
O szpinaku piszę dość często, niemniej nie każdy musi sięgać do archiwalnych odcinków, dlatego skrótowo powtórzę: mrożony (bo najwygodniej) szpinak podsmażamy z cebulą i pieczarkami, a jak się rozpuści dodajemy przyprawy, ser topiony (b. zagęszcza), śmietanę i na koniec ser pleśniowy. Z tak przygotowanego szpinaku robimy poduszeczki na talerzach i wykładamy na to filety z kurczaka. 

A na kurczaku kładziemy ser topiony i układamy ananasa… Kompozycja ta jest wprost perfekcyjna. Ostry smak szpinaku z serem pleśniowym i czosnkiem, słodki ananas i kremowy kurczak – czego chcieć więcej? 
Hm…, np. czegoś na deser…

Mus czekoladowy

Składniki:
  • 2 gorzkie czekolady,
  • śmietana 30% (400 g),
  • cukier, cukier waniliowy,
  • konfitura z malin,
  • łyżka masła,
  • 2 żółtka.


Rozpuszczamy czekoladę zmieszaną z odrobiną śmietany, masłem i żółtkami. Czekolada po rozpuszczeniu ma być gęstą, połyskującą masą – ale trzeba uważać, żeby się nie przypaliła. Wstawiamy ją na chwilę do zamrażarki, żeby wystygła. 



 





W międzyczasie ubijamy śmietanę z cukrami (cukier waniliowy dodaje wspaniałego aromatu). Kiedy śmietana jest gotowa, dzielimy ją w proporcjach mniej więcej 2/3 + 1/3 i do 2/3 dodajemy czekoladę: miksujemy to razem na wolnych obrotach. 











Gdy masa jest już idealnie gładka, do pucharków nakładamy konfiturę z malin (zresztą jaką kto lubi: może być równie dobrze truskawkowa, porzeczkowa, wiśniowa itd.), na to wykładamy mus czekoladowy, a na wierzch kładziemy bitą śmietanę.


Czy trzeba opisywać ten smak?
I tak raz jeszcze życzę Wam, drogie Panie, pięknego Dnia Kobiet, a z tej okazji licznych i urozmaiconych rozkoszy.
Smacznego!

piątek, 2 marca 2012

Barbara w Krainie Czarów (o smaku śmietanowo-malinowym i kiwi)


 





„Słoneczko przygrzewalo. W gąszczu tumtumów i tulżyc wesoło kląskały peliczaple. Zbłąkinie rykoświstakały. Jaszmije smukwijne robiły coś na pobliskim gargazonie, ale nie widziałem, co. Odległość była zbyt duża. Było złote popołudnie. Było smaszno. I smutcholijnie. Jak to u nas.”


Powyższy cytat pochodzi z opowiadania Andrzeja Sapkowskiego „Złote popołudnie”. Dlaczego nie sięgam do oryginalnej „Alicji”, tylko podpieram się wersją Sapkowskiego? Ponieważ do „Alicji” jako takiej mam uczucia dość mieszane i interpretacja Sapkowskiego jest mi jakby bliższa. Sprawa jest jednak dość trudna. Przede wszystkim Lewis Caroll, autor „Alicji w Krainie Czarów”, był pedofilem. Fakt ten raczej skutecznie potrafi zniechęcić do lektury książek takowego autora. Jeśli jednak zdecydujemy się działać w imię zasady „nieważne, kim był, ważne co i jak pisał”, też może być nielekko. Pozornie „Alicja” jest książką pełną czaru i uroku, i nawet język, jaki wykształcił autor, ma w sobie coś magicznego. Jednak jak to z pozorami bywa – są mylące. 
Image Hosted by ImageShack.usW gruncie rzeczy „Alicja w Krainie Czarów” to powieść pełna nieokreślonej grozy, tajonych lęków i frustracji (jak choćby akcja z ciasteczkiem: typowa sytuacja kobiety na dietetycznym głodzie! Zjeść ciasteczko?, a jak się za bardzo od niego rozrosnę? To może tylko mały kawałeczek? Boże, za duży, kurczę się ze wstydu… Już mi wszystko jedno, zjem jeszcze kawałek…, no szlag by trafił, jak utyłam!). 



Jest w „Alicji” coś, co działa na podświadomość i sprawia, że człowiekowi robi się dziwnie i niespokojnie. Ale powiedzmy, że taki był cel autora, w sumie czemu nie? Tylko że… takie jazdy jak Alicja, to człowiek ma po bardzo twardych prochach. Oficjalnie interpretuje się to jednak w ten sposób, że wizytę w Krainie Czarów zawdzięcza się dziecięcej wrażliwości. Wolę się jednak na ten temat nie rozpisywać, bo przecież dziecięca wrażliwość i niewinność nie podlegają dyskusji. Mniejsza z tym, już i tak niektóre treści publikowane na tym blogu uznawane są za obrazoburcze, jak napiszę, co myślę o dzieciach, to stracę i Ciebie, drogi Czytelniku.




W każdym razie jaka „Alicja w Krainie Czarów” jest, to jest. Ale na pewno pobudza do myślenia – czyli jest dobra. Zresztą zawiera motyw, za którym osobiście przepadam: motyw pogoni za królikiem. Bo nie chodzi o to, aby złapać królika, lecz gonić go… – jakie to pięknie.
I tym optymistycznym akcentem przechodzimy do dzisiejszego przepisu. Jak pamiętamy, Alicja trafia na podwieczorek u Szalonego Kapelusznika. Zróbmy sobie więc i my cudowny podwieczorek, przypominając sobie tym samym złote, letnie popołudnia…









Tarta z twarożkiem o smaku malin i kiwiImage Hosted by ImageShack.us

Składniki:
  • paczka herbatników (ok. 200 g),
  • mniej więcej 3 łyżki masła,
  • sok z połowy cytryny,
  • konfitura z malin,
  • łyżka syropu z malin,
  • śmietana 30%,
  • twarożek (300 g),
  • 1 żółtko,
  • cukier, cukier waniliowy x2,
  • kiwi (4 sztuki powinny być ilością optymalną).


Herbatniki rozgniatamy na drobne okruszki i ugniatamy je z masłem i sokiem z cytryny aż osiągną konsystencję kruchego ciasta. Taką „masą” wykładamy tortownicę, a na herbatnikach rozsmarowujemy cienko marmoladę z malin, potem wstawiamy to na chwilę (10 minut) do lodówki, żeby lekko stwardniało. 
Przygotowujemy masę twarożkową: 1 żółtko, serek, odrobina śmietanki, cukry, łyżka marmolady i łyżka syropu z malin – to wszystko miksujemy na gęsto, powinno zyskać konsystencję b. gęstej śmietany. Twarożek wylewamy na spód herbatnikowy, przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy na pół godziny do zamrażarki. 


Po upływie tego czasu tartę dekorujemy owocami kiwi, ubijamy resztę śmietany z cukrem – i rozkoszujemy się popołudniem. Tego delikatnego smaku nie da się opisać, jest po prostu śmietanowo-kremowy z dodatkiem kiwi i malin.



Smasznego…